Ok, już mi wystarczy soli na ten tydzień.... :/
A juz wam zaraz powiem dlaczego....
Otóż pojechałam z moją serdeczną kumpelą Mają (masz pozdrowienia od Fortuny i Angeli widocznych na rysunku) na (tak jak to ona się wyraziła) "ćwierciobóz" - obóz jeździecki który trwał jeden i pół dnia. A dlaczego tak?
Powiem jedno - jak jest po co (a raczej dla kogo i do kogo :P) to naprawdę warto.
Niestety, a może i dobrze - pod naszą nieobecność ze stajni zniknęła mała klaczka Sonia (podobno mieszka na jakiejś działce agroturystycznej razem z miłym panem osiołkiem ;)). Na jej miejsce wskoczyła Rysia Lwie Serce, a na miejsce Rysi.... Szczur. Mówię na serio. Tak nazywa się roczny, gniady ogierek z przyciętym ogonem niedawno zamieszkały w stadninie w Chodlu. Jest... hmmm.... całkiem miły, puszysty, choć szczupły i gdy je to się zapluwa (ups, wydało się!)
Balowałyśmy z dziewczynami do północy a nazajutrz zaczęłyśmy granie na Xboxsie (do którego uruchomienia przymierzałyśmy się chyba z pół godziny :O). No i tu mamy winowajcę. Czyli na codzień i od święta - MNIE! Spodziewaliście się? Uhm, no tak, ale... Czego?
Salt Tea Challenge!
Właśnie tego.
Już śpieszę z wyjaśnieniem. Challenge ze słoną herbatą (pierwotnie miało być mleko, ale takowego nie było), wymyśliłam ja. Tak - ja. Właśnie ja. I tym zuchwalstwem sama sobie zaszkodziłam.
A jak do tego doszło?
Grałam właśnie z Emilką w siatkówkę plażową, gdy wpadł mi do głowy pewien pomysł (tak - challenge właśnie). Polegał na tym, że jeśli Emilka zdobędzie 2 punkty w meczu (podczas, gdy ja miałam 10 a koniec był za 11 [moje szczęście 0.o]) wypiję słona herbatę. I wiecie co? Przegrałam i wypiłam. Naprawdę nie macie mi czego zazdrościć...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz